
Wczoraj miałam taką sytuację – byłam sprawcą drobnej kolizji. Na szczęście właściciel samochodu, w który uderzyłam, uznał, że szkody są znikome i powiedział, że nie musimy zgłaszać sprawy do ubezpieczalni. W pierwszym momencie krzyczał coś w moim kierunku, ale gdy zobaczył, jak bardzo jestem roztrzęsiona i zaskoczona, jego postawa diametralnie się zmieniła. Poklepał mnie po ramieniu, powiedział, że nic się nie stało, uścisnęliśmy sobie ręce i odjechał. Dzięki jego ludzkiemu podejściu dziś czuję się dobrze, choć nie ukrywam – wczoraj bardzo się wystraszyłam. Mimo że pracuję nad swoją nerwicą, czasami daje mi się we znaki. Wczoraj wieczorem trudno było mi zasnąć, miałam wysokie tętno, a całą sytuację mocno przeżywałam. Dlatego na dziś zaplanowałam sobie odpoczynek – żadnych treningów, biegania ani ćwiczeń.
Jednocześnie wczoraj wieczorem miałam jeszcze jedną refleksję. Od kilku dni pisałam do mojego trenera, że jestem głodna, że jestem zła, że dużo biegam, mam treningi siłowe i boję się, że coś idzie w złym kierunku. W końcu doszłam do wniosku, że muszę przejąć kontrolę nad tym, co jem. Zrobiłam sobie pięć posiłków na następny dzień! Trochę pomógł mi w tym czat AI (korzystam z darmowej wersji ChatGPT), ale i tak całość zajęła mi około półtorej godziny. Myślę, że z wprawą mogłabym zejść do godziny. To było naprawdę przyjemne – wstać rano i wiedzieć, że wszystko jest gotowe, że nie muszę nic liczyć ani się zastanawiać. Mam pewność, że nie będę głodna, że posiłki są zgodne z moim zapotrzebowaniem i że wszystko jest pod kontrolą. Do tej pory moje jedzenie było trochę wypadkowe – raz przygotowane, raz nie, czasem trzeba było coś na szybko kombinować. Dodatkowym plusem jest to, że mój syn, który ma 16 lat, sam przygotowuje sobie posiłki i coraz bardziej dba o zdrowie. Widząc, że jego mama świetnie sobie radzi, on też lepiej się organizuje. Mój mąż natomiast pracuje w różnych trybach – czasem jest w delegacji, czasem ma home office – więc dla mnie to idealne rozwiązanie. Mogę w pełni skupić się na sobie i jeść dokładnie to, co powinnam, zgodnie z makro ustawionym przez trenera.
Wracając do głównego tematu – miałam dziś mieć wolne od treningu, ale gdy zobaczyłam, że mam wszystko gotowe, pomyślałam: „Skoro nie muszę się martwić o jedzenie, to mogę coś zrobić dla siebie.” Nie wiedziałam, jak będę się czuła po wczorajszym szarpnięciu w czasie kolizji, więc zamiast treningu siłowego zdecydowałam, że zrobię chociaż kardio. Czekam, aż mój mąż skończy część pracy, żeby nie hałasować, i wtedy odpalam bieżnię. Przed pracą zrobię sobie 40 minut biegu. Dlaczego? Bo nawet jeśli w trakcie wysiłku pojawia się dyskomfort, to po treningu przychodzi satysfakcja, dobre samopoczucie, endorfiny i kontynuacja mojego celu. To nie są dwie czy trzy zalety – to cała lista powodów, dla których warto ruszyć tyłek! Pokazać sobie, że mogę, że jestem twarda i że jeśli coś zaplanuję, to doprowadzę to do końca. Miłego dnia, kochani!



Dodaj komentarz