
Przez ostatni rok regularnie wychodzę z siebie. Z lenistwa. Z lęku. Z potrzeby unikania. I chociaż robię to ciałem – to prawdziwa zmiana dzieje się w głowie. Mam za sobą czternaście miesięcy, w których sześć razy w tygodniu podejmuję ruch. Dwa razy biegam. Dwa razy chodzę na siłownię. Raz w tygodniu mam trening obwodowy. Do tego pływanie albo rower stacjonarny. Nie dla wyglądu. Dla siebie. Dla swojej równowagi. Nie zawsze mi się chce. Ale robię to, bo wiem, że działanie uspokaja mnie bardziej niż siedzenie i analizowanie. A to ma dla mnie szczególne znaczenie, bo mam stwierdzoną nerwicę. I długo żyłam w przekonaniu, że muszę się chronić. Szukać komfortu. Zamykać się w znajomych ścianach. Unikać nowych sytuacji. Myślałam, że to jest bezpieczeństwo. Dopiero po czasie zobaczyłam, że to była pułapka. Im bardziej uciekałam do tego „komfortu”, tym bardziej traciłam kontakt ze sobą. Tym bardziej stawałam się bierna. Zblokowana. Zamrożona. Dziś wiem, że prawdziwe poczucie bezpieczeństwa nie bierze się z unikania, tylko z budowania siebie od środka. Kiedy ćwiczę, kiedy wychodzę z domu, kiedy robię coś regularnie – nie tylko wzmacniam ciało. Reguluję też swoją głowę. Samoocena rośnie. Odporność psychiczna się stabilizuje. Pojawia się spokój, który nie jest efektem kontroli – tylko działania. Nie uciekam już do komfortu. Nie muszę się przed życiem chować. Zamiast tego buduję równowagę, w której moje poczucie bezpieczeństwa jest zdrowe: nie za małe, nie przesadzone. Prawdziwe. To nie znaczy, że wszystko jest łatwe. Ale już wiem, że łatwe nie równa się dobre. A to, co naprawdę dobre – wymaga odwagi, cierpliwości i codziennych wyborów. Wyszłam z komfortu. I nie chcę wracać. Bo dopiero poza nim zaczęłam widzieć, kim naprawdę jestem.
Dodaj komentarz